Mike Oldfield – magiczne dźwięki

15 maja 2012 roku swoje 59 urodziny obchodził słynny brytyjski gitarzysta, kompozytor i aranżer Mike Oldfield. Zaliczany jest do niezwykle modnego w latach 70-tych nurtu muzyki elektronicznej, zapewne z tego powodu, że u progu kariery tworzył rozbudowane, wielowątkowe instrumentalne suity. Jego kompozycje odbiegają jednak zasadniczo od twórczości takich „elektronicznych” potęg jak J.J. Jarre, Kitaro, Klaus Schulze czy też zespół Tangerine Dream. Stworzył własny, niepowtarzalny styl, w którym prym wiodą „miękko” zagrane gitary oraz dźwięki wielu instrumentów zaaranżowanych z orkiestrowym rozmachem przez co nabierały odpowiedniego kolorytu. Jego twórczość jest osobliwa i niepowtarzalna, prawdziwy muzyczny geniusz tworzący według własnych koncepcji, przez co wiele jego dzieł można uznać za pionierskie. Nie ma w nich miejsca na wyrachowane zimno wszechobecnie towarzyszące utworom „elektroników”, za to jest pełna paleta barw, ciepłych romantycznych, ale i też posępnych oraz dramatycznych. Niezwykle bogata twórczość Mike`a to prawdziwa sztuka, którą jednoznacznie trudno zakwalifikować do jednego muzycznego stylu.

Mike od dzieciństwa zdradzał duży talent do grania na gitarze. Ten instrument niezwykle go pociągał, co nie znaczy, że nie potrafił grać na innych. Jako nastolatek współpracował ze swoją starszą siostrą Sally w zespole Sallyangie. W późniejszych latach sytuacja się odmieniła, to siostra często będzie towarzyszyć nagraniom sławnego brata. Ambitny chłopak bardzo szybko postanowił działać na własny rachunek i już od roku 1970 przygotowywał swój solowy debiut. Ukazał się dopiero w 1973 roku, ale co to była za płyta?! Niesamowite arcydzieło, prawdziwa perełka, aż trudno uwierzyć, że stworzył je tak młody człowiek. Pikanterii dodaje fakt, że Mike praktycznie sam nagrał wszystkie partie instrumentalne. Mowa oczywiście o jednym z muzycznych wydawnictw wszechczasów czyli „Tubular Bells”. Takiego początku kariery można by pozazdrościć każdemu muzykowi. Młody Oldfield, mimo, że z miejsca zrobił oszałamiającą karierę, nie zamierzał na tym poprzestać, chciał iść dalej tym tropem realizując swoje muzyczne wizje, oczywiście utrzymując należyty poziom. Pomysłów mu nie brakowało, stąd też w kolejnych latach ukazywały się następne albumy wypełnione intrygującą muzyką.

Cóż takiego niezwykłego zawiera debiutancka „Tubular Bells”? Cały materiał jak już wspomniałem skomponował nastoletni Mike wykorzystując niezwykle bogate instrumentarium. Wiele z nich daleko odbiegało od rockowego kanonu, chociażby tytułowe „Dzwony rurowe”. Płytę wypełnia wielowątkowa dwuczęściowa suita, przypomnieć tu należy, szczególnie młodszym melomanom, iż były to czasy winyli, stąd zapewne wynika ten osobliwy podział. Kompozytor wykorzystał nowatorskie brzmienie gitar i „nałożonych na siebie” wiele instrumentów klawiszowych oraz perkusyjnych. Nadało to suicie orkiestrowego rozmachu i ogromnej melodycznej przestrzeni. Kilka jej fragmentów jest niezwykle urokliwych, opierają się na różnych motywach muzycznych m.in. ludowego pochodzenia. Sukces murowany!

Idąc za ciosem Mike konstruuje następną muzyczną opowieść. Wydany w 1974 roku „Hergest Ridge” zbudowana jest na podobnych zasadach. Znów mamy do czynienia z dwuczęściową formalną suitą o nieco bogatszej aranżacji, m.in. poprzez użycie instrumentów dętych i smyczkowych. Płyta stała się, podobnie jak jej poprzedniczka numerem 1 w Wielkiej Brytanii. Następna pozycja w dyskografii artysty „Omadawn” również przynosi ciekawe brzmieniowe rozwiązania, w pamięci pozostają niektóre gitarowe motywy, szczególnie solówka kończąca pierwszą część kompozycji. Ciekawostkę stanowi krótka piosenka „On Horseback” zaśpiewana, a raczej wyrecytowana przez Oldfielda.

Po trzech znakomitych wydawnictwach, Mike przygotował kolejne dzieło zatytułowane „Incantations”. Tym razem mamy do czynienia z dwupłytowym materiałem (w wersji analogowej) zawierającą tym razem czteroczęściową instrumentalną opowieść. Struktura utworu jest oparta na tym samym schemacie co jej poprzedniczki. Większą rolę odgrywa tutaj orkiestra symfoniczna i chór do których „dołożone” zostały syntezatory i partie fletu. Płyta zaliczana do „wielkiej czwórki” kończy pewien etap w działalności artysty, wypełnionymi zagranymi z ogromnym rozmachem kompozycjami.

Po raz pierwszy Mike udał się w trasę koncertową w 1979 roku. Zaangażowanie dużej ilości muzyków i środków wizualnych z założenia miało mu przynieść sukces. Tak się jednak nie stało, koncerty nie zachwyciły na tyle, by zakończyły się finansowymi zyskami. Na osłodę powstała płyta „Exposed” zawierająca fragmenty zapisu dźwiękowego z niefortunnej trasy. Począwszy od płyty „Platinum” mamy do czynienia z nowym etapem działalności muzyka. Oldfield by nie popadać w rutynę postanowił włączyć się do tego co modne w muzyce rozrywkowej. Początek lat 80-tych to dominacja punku, metalu i disco. Pewne elementy tych muzycznych trendów znalazły odbicie w działalności Anglika. Coraz śmielej rezygnował z długich form instrumentalnych na rzecz krótszych, brzmieniowo oszczędniejszych utworów, zaczynają pojawiać się też śpiewane kompozycje. Tego typu repertuar pojawia się na wspomnianym „Platinum” i „QE2”. Na „Five Miles Out” zwraca na siebie uwagę rozbudowana forma muzyczna „Taurus II”, natomiast utwór tytułowy liczący niewiele ponad 4 minuty stał się przebojem. Wydany w 1983 roku album „Crises” przynosi kolejny przełom w karierze muzyka. Szczególną uwagę zwraca na siebie „Moonlight Shadow”, przebojowa piosenka zaśpiewana przez Maggie Relly. Od razu wkroczyła na szczyty list przebojów, dzięki czemu Oldfield stał się „ikoną popkultury”. Wielu fanów uznało to za zdradę dotychczasowych muzycznych ideałów, dla innych, zwłaszcza młodszych słuchaczy, utwór grany przez wiele rozgłośni radiowych, stał się jego „muzyczną wizytówką”. W podobnym klimacie została zrealizowana płyta „Discovery”, równie przebojowa jak jej poprzedniczka, jednak uwagę wytrawnego słuchacza zwraca rozbudowana 12 minutowa forma muzyczna „The Lake”. W tym samym okresie skomponował ścieżkę dźwiękową do filmu „Pola śmierci”. Nie wnikając w fabułę tego wyjątkowo sugestywnego swej wymowie obrazu, należy przyznać, że Mike stworzył naprawdę intrygującą muzykę. Część kompozycji znalazła się na płycie „The Killing Fields”. W 1985 roku ukazują się dwa wydawnictw singlowe, pierwszy z nich „Pictures In The Dark” to efekt współpracy Anitą Hegerland (przez wiele lat jego towarzyszką życia) i „Shine” nagrany z wokalistą grupy Yes Jonem Andersonem. Na nieco mniejszą popularność zasłużyły albumy „Islands” i „Earth Moving:” nagrane pod koniec lat 80-tych.

Oldfiled postanawia powrócić do dawnej koncepcji nagrywania dłuższych form muzycznych. Taką próbę podejmuje na wydawnictwie zatytułowanym „Amarok”. Krążek od razu zwraca na siebie uwagę krytyki wyrażającej się pochlebnie o trwającej ponad godzinę kompozycji. Starzy fani też poczuli ulgę, o takiego Oldfielda im właśnie chodziło. Mike jednak próbuje w dalszej części swojej twórczości łączyć „nowe” ze „starym”, skutki tego działania nie zawsze były w całości udane. Na większą uwagę zasługują płyty „The Songs Of Distant Earth” i „Voyager” nagrane w latach 90-tych i „Tres Lunas” i „Light + Shade” z początków obecnego wieku. Po premierze krążka „Guitars” (1999 r.), Mike odwiedził Polskę dając koncert w katowickim Spodku. Ostatnim, przynajmniej na razie, produktem działalności Brytyjskiego twórcy jest „Music Of The Spheres”, płyta ujawniająca fascynacje muzyką poważną.

Osobnym rozdziałem „oldfieldowskiej” myśli muzycznej są poszczególne części „Tubular Bells”. Mike zdajać sobie sprawę z niesłabnącej, mimo upływu lat, popularności krążka, postanowił zrealizować kolejne jego części. Ta swoista w swym wyrazie muzyczna „telenowela” doczekała się po dziś dzień (nie licząc pierwszej) czterech kolejnych części. Dużym zaskoczeniem dla sympatyków twórczości Anglika było ukazanie się w 1992 roku „Tubular Bells II”. Po 19 latach od debiutu, kontynuacja pierwotnego tematu przykuwa uwagę swym nowoczesnym brzemieniem opartym na wszechstronnym wykorzystaniu syntezatorów. W pewien sposób wydawnictwo nawiązuje do pierwowzoru, czego nie można powiedzieć o kolejnych produktach z cyklu „Tubular Bells”. „Trójka” nie wnosi nic nowego, jest to oparta na tanecznych rytmach kompozycja, natomiast mający uświetnić nadejście XXI wieku „ The Millennium Bell” razi w warstwie muzycznej wtórnością, z kolei „Tubular Bells 2003” jest jedynie odświeżoną wersją oryginału. Jak widać próby nawiązań do klasycznych „Dzwonów rurowych” nie wyszły muzykowi na dobre i zapewne nie powróci już do koncepcji nagrywania jego kolejnych części.

Bogata w muzyczne formy jest twórczość Mike`a Oldfielda, opiera się bowiem na szeregu różnorodnych pomysłów. Niewielu na świecie jest muzyków, którzy potrafią działać w podobny sposób. Trudno powiedzieć czym zaskoczy nas w najbliższej przyszłości. Wypada jednak wierzyć, że będzie to kolejny ciekawy w warstwie muzycznej krążek. Póki co, dostojnemu jubilatowi życzymy tradycyjne „Sto lat!”.

Tomasz Woźniczka

Metallica – Back To Black

„Czarne powraca” – śmiało można by rzec w oczekiwaniu na wielkie wydarzenie, które będzie miało miejsce 10 maja w Warszawie. Na lotnisku Bemowo będzie miała miejsce kolejna odsłona słynnego w naszym kraju „Sonisphere Festival”. W roku wystąpi cała plejada metalowych kapel z kraju i zagranicy, wśród nich na szczególną uwagę zasługują Black Label Society. Machine Head i metalowa super-mega-gwiazda, czyli Metallica!

Obecność ekipy z Kalifornii podziałała niczym magnes na fanów z całej Polski, bilety sprzedawały się znakomicie, można się więc spodziewać wielotysięcznego tłumu widzów. Kult jakim otaczana jest Metallica w kraju nad Wisłą jest godny podziwu, rzesza wielbicieli talentu Heldtfielda, Urlicha i spółki jest z roku na rok coraz większa. Amerykanie odwzajemniają to uczucie i za każdym razem, kiedy tylko jest taka sposobność, koncertują w naszym kraju. Rzecz godna przypomnienia, ale ich pierwszy występ miał miejsce jeszcze u schyłku PRL-u, a dokładnie w lutym 1987 roku w ramach promocji albumu „Master Of Puppets”. Od tego czasu muzycy jeszcze sześciokrotnie odwiedzili nas kraj i za każdym razem zgotowano im niezwykle gorące powitanie. Zapewne tak będzie i tym razem, szczególnie, że Metallica ma zamiar zagrać w całości słynny „Czarny Album”.

Od wydania tego najsłynniejszego w dorobku Amerykanów krążka minęło dokładnie 21 lat. Ciągle jednak mam w pamięci emocje jakie towarzyszyły tej płycie. Z czego one wynikały? „Black Album” rozpoczął w pewnym sensie nowy rozdział w działalności zespołu opartego na bogato zaaranżowanych utworach. „Czterej jeźdźcy Apokalipsy”, jak od wielu lat nazywała chłopaków muzyczna prasa, zaproponowali niecą inną stylistykę niż na dotychczasowych albumach. Zmiany nie zostały przez wszystkich zaakceptowane, a szczególnie przez ortodoksyjnych fanów. Zaczęli odwracać od zespołu oskarżając muzyków o pójście na komercję. Czy mieli rację? To pytanie jest naprawdę istotne, bo czy płyta sprzedana na całym świecie w ilości ponad 22 mln egzemplarzy, osiągająca statut diamentowej, była faktycznie nastawionym na kasowy sukces produktem?

Debiutancki krążek „Kill`Em`All” przesiąknięty jest brudnym, chropowatym, wręcz garażowym brzmieniem. Na miano ikony trash metalu w pełni zasłużyła druga płyta „Ride The Lighting” z takimi znakomitościami jak „Creeping Death”, „Fight Fire With Fire”, „For Whom The Bell Tolls”, „Ride The Lightning”. Wątpliwości w całym zestawie budził „Fade To Black”, ale muzycy bardzo lubili ten utwór często prezentując go na koncertach. Metallica wkroczyła w okres niesłabnącej prosperity za sprawą trzeciego albumu „Master Of Puppets”. Dzieło, zresztą słusznie uważane przez wielu za arcydzieło, przyniosło wiele znakomitych kompozycji, w których aż roi się od świetnych pomysłów brzmieniowych. Wystarczy wymienić takie perełki jak tytułowy „Master Of Puppets”, “Battery”, “Damage, Inc.”, „The Thing That Should Not Be”, „Welcome Home (Sanitarium)”.

Dotychczasowy sukces uskrzydlił muzyków na tyle, że ochoczo pognali dalej do przodu by wznieść się jeszcze wyżej. Niestety po drodze spotkała ich mała zadyszka i lot nie wydał się zbyt imponujący. Wydawnictwo zatytułowane „…A Justice For All” mocno wystawiło na próbę miłośników „metallikowego” talentu oczekujących na kolejną wielką rzecz. „Z dużej chmury mały deszcz” można by śmiało powiedzieć o tej płycie. Hetfield-Urlich-Hammet-Newsted, bo w takim grali w tym czasie składzie, szukając wielu brzmieniowych rozwiązań, nieco przekombinowali, co sprawiło, że wiele kompozycji straciło dawny blask. Mamy za to rozbudowane wielowątkowe opowieści o skomplikowanej strukturze, w których co prawda roi się od różnorodnych riffów, nie są one jednak ze sobą dobrze „posklejane”. Największą popularność zdobył antywojenny song „One”, do zaakceptowania są jeszcze „Blackened”, „Harvester Of Sorrow”, „ The Shortest Straw”.

Nie dziwi więc fakt, że panowie chcieli zrobić zdecydowany krok do przodu, nie odcinając się jednak od dawnej tradycji. Zadanie jakie przed nimi stanęło nie było łatwe. Zrobić dobry aranż w taki sposób, by utwory z jednej strony były melodyjne, a z drugiej nie utraciły dawnej mocy, nie było łatwym zadaniem. Muzycy postawili na szybkość, zgrabność i elegancję, wyszedł z tego produkt bez tytułu, opakowany w czarną okładkę, na tyle tajemniczą, by chcieć zajrzeć do środka. Rozwiązanie graficzne w zamyśle muzyków miało symbolizować przede wszystkim prostotę, dla wielu jednak stała się ono nawiązaniem do słynnego „Białego Albumu” Beatlesów. Przełomowa płyta, wyjątkowy album czy jeszcze coś? Odrzucając symboliczną wymowę opakowania, należało by przyjrzeć się przede wszystkim zawartości krążka, by spróbować ocenić jego wartość. A jest czego posłuchać, 12 różnorodnych kompozycji trwających w sumie niewiele ponad 65 minut. A więc do dzieła!

„Metallica” od samego początku budzi wielkie emocje. Otwierający płytę „Enter Sandman” to naprawdę znakomity numer. Po krótkiej gitarowej introdukcji następuje ostry metalowy riff przecinany solówkami Hammeta. Oj, paluszki sprawnie chodzą mu po gryfie, zapowiada to niezłą jazdę w dalszej części albumu. Do tej karkołomnej gitarowej jazdy dołączony został wyraźny wokal Hetfielda, nie jest to jeszcze śpiew, raczej monodeklamacja, wygląda to jednak ciekawie. W pewnym miejscu kompozycja ubarwiona zostaje odgłosami dzieci i charakterystycznym hetfieldowskim zaśpiewem „Oh Yeh!”. Utwór zrobił prawdziwą furorę i znakomicie sprzedawał się też na singlu. Następny w kolejności „Sad But True” to też niewątpliwie perełka. Ciężki trashowy motyw przesterowanej gitary, wybijająca równy rytm perkusja, do tego tekst wykrzykiwany krótkimi frazami przez Hetfielda stanowią o jego potędze. „Holier Than You” jest zupełnie inaczej zagrane od swoich poprzedników, z typowym dla Metalliki feelingiem, czyli szybko, konkretnie i bez żadnych udziwnień. Teraz dochodzimy do kolejnego klasyka czyli „The Unforgiven”. Świetna metalowa ballada, w której znajdziemy praktycznie wszystko – zróżnicowane tempo i ten cudowny przewijający się przez całą kompozycję gitarowy motyw. Niesamowitej mocy dodaje przeszywająca uszy solówka Hammeta, widać, że facet znakomicie bawi się dźwiękami. Zaskakuje słuchacza melodyjny zaśpiew Hetfielda, nie stroi się on jednak na „ugrzeczniaczka”, od czasu do czasu potrafi pokazać lwi pazur. Takiego utworu się nie zapomina , prawdziwy klasyk! Uff, cztery kawałki a już takie emocje, co będzie dalej? „Wherever I May Roam” jest nieco udziwniony w swej treści. Numer rozpoczyna orientalne intro, wokół którego zbudowana jest jego cała struktura oparta na schemacie – ostro, miarowo i przede wszystkim treściwie. „Dont` Tread On Me” nawiązuje do dawnych wypracowanych przez grupę wzorców i z powodzeniem mógłby się znaleźć na jednym z wcześniejszych albumów. Nie mniej konkretny w swej wymowie jest „Trough The Never”, gdzie od samego początku zwraca na siebie uwagę Lars, który niemiłosiernie wali w bębny. Gitary zostały nieco cofnięte do „tyłu”, choć miejsce na zgrabną solóweczkę też się znajdzie, Hammet w żaden sposób nie zamierza o sobie zapomnieć. „Nothing Else Matters” to prawdziwy kanon, świetnie zagrana ballada ze smykami w tle i romantycznym, jakby lekko rozmarzonym wokalem. Kompozycja mająca w sobie coś z metalowej „pościelówy”, na długo zagościła na listach przebojów. Po tym spokojnym przerywniku nadchodzi czas na dość skomplikowany, obfitujący w wiele karkołomnych przejść „Of Wolf And Man”. Bezkompromisowo ciężkie i powolne brzmienie króluje w „The God That Failed”, gdzie jednak wyróżnia się ciekawie zagrany na gitarze motyw. Powoli dochodzimy do końca „Czarnego albumu”. Przedostatnia kompozycja „My Friend Of Misery” rozwija się wokół nieustannie powtarzającego się gitarowego riffu, patrząc jednak na całość, wydaje się to być trochę monotonne. Na finał otrzymujemy całkiem przyjemne danie w postaci „The Struggle Within”. Numer wypełnia miarowy puls perkusji okraszony krótkimi gitarowymi motywami. I na tym kończy się cała opowieść.

Płyta naprawdę intrygująca, mimo upływu 21 lat od jej wydania, w żaden sposób nie traci na swojej wartości. W dalszym ciągu może wywoływać spore emocje, bo przecież to prawdziwa kopalnia aranżacyjnych pomysłów. Zespół naprawdę wysoko zawiesił tym wydawnictwem poprzeczkę i trzeba przyznać, że nie był jej w stanie przeskoczyć. Z nieukrywana satysfakcją będzie więc można wysłuchać „Black Album” w całości w wersji „live” w trakcie warszawskiego koncertu. Tym co nie będą mieli tego szczęścia, pozostaje oczywiście wsłuchać się w ten „magiczny” krążek w domowym zaciszu. „Back To Black”!

Tomasz Woźniczka

Sabaton – Powtórka z historii

W związku z przypadającymi na początku maja świętami, jest okazja by trochę porozmawiać o naszej historii narodowej. Możemy poszczycić się wieloma epokowymi wydarzeniami, a takie daty jak 3 Maja, 11 Listopada, znane są każdemu Polakowi. Organizowane są w tych dniach wielkie państwowe uroczystości, po to by społeczeństwo utrwaliło je w swojej pamięci. Mimo to, współcześnie pojęcie patriotyzmu nieco „przyblakło”, w zasadzie młodemu pokoleniu trudno jest jednoznacznie zinterpretować ten termin. Przyjmuje się raczej postawy nacechowane modnym trendem pod którym kryje się hasło „Wspólna Europa”, często zapominając o narodowych wartościach. Nasza przeszłość jest wyjątkowa, tak burzliwych dziejów nie miał prawie żaden z europejskich narodów. Niestety o wielu wydarzeniach już się nie mówi, niektóre przemilcza a pewne nawet wręcz pomija. Szwankuje też edukacja, coraz mniejszą uwagę w ostatnich latach polska szkoła przywiązując do nauczania historii. Zaskakującą lekcję na temat naszych dziejów kilka lat temu przedstawił nam szwedzki zespół Sabaton.

Ogromną burzę w polskich mediach, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, przyniosła informacja o utworze Szwedów pt. „40:1”. Utwór traktuje bowiem o jednej z bitew kampanii wrześniowej 1939 roku. Skandynawscy heavymetalowcy nie kryli swoich zainteresowań militariami. Nagrana w 2008 trzecia ich płyta „The Art. Of War” poświęcona była ważnym , często przełomowym, wydarzeniom z okresu I i II wojny światowej. Pikanterii dodał fakt, że jeden z kawałków poświęcony jest bitwie, o której w Polsce niewielu młodych ludzi jest w stanie coś więcej powiedzieć. Chodzi tu mianowicie o jedną z walk z okresu kampanii wrześniowej określaną jako bitwa nad Wizną. Szwedzi zyskali ogromną popularność, stali się z miejsca „celebrites”, ich trasa koncertowa po ukazaniu się płyty przyciągnęła tłumy fanów. Ciekawym stał się fakt, że utwór nagrany w metalowej stylistyce „zszedł pod strzechy” i przentowany był przy różnych rocznicowych akademiach w szkołach i innych placówkach oświatowych. Ale nie o tym ma się cała rzecz, najważniejsza jest odpowiedź ,skąd panowie pochodzący z kraju, który podczas dwóch wojen XX wieku zachowywał neutralność wpadli na pomysł opisania jednej z najkrwawszych bitew II wojny światowej.

Jak już wspomniałem „The Art. Of War” miał być rodzajem koncept albumu wypełnionego opowieściami frontowymi dwóch największych wojen ludzkości. Osnową wokół cała opowieść się miała rozwijać była „Sztuka wojenna” chińskiego generała Sun Zi (z VI w. p.n.e.). Joakim Broden lider i wokalista grupy postanowił ogłosić internetowy konkurs, w którym fani mieli za zadanie zaproponować tematykę poszczególnych utworów. Jeden z miłośników Sabaton z naszego kraju, podsunął pomysł aby jeden z numerów oddał klimat bitwy pod Wizną. Wokalista w licznych wywiadach przyznawał, że opis tego wydarzenia wywarł na nim ogromne wrażenie i z miejsca powstała kompozycja zatytułowana „40:1”. Obrona Wizny, określana też mianem „Polskie Termopile”, miała miejsce w dniach 7-10 września 1939 roku. Wojska polskie starły się z przeważającymi siłami wroga, muzycy określili proporcje liczebności obydwu armii na 40:1 (stąd tytuł) na korzyść Niemców. Szacunkowe dane mówią, że Polaków było jeszcze mniej i ten wskaźnik powinien wynosić nawet 58:1 (360 przeciwko ok. 42.000 ). Już chociażby te suche dane liczbowe mogą wywierać ogromne wrażenie, skojarzenie ze Spartanami w wąwozie termopilskim nasuwa się samo. Mimo tych ogromnych dysproporcji, dowódca KOP-u kapitan Władysław Raginis starł się z siłami niemieckimi gen. Heinza Guderiana. Hart ducha naszych bohaterów pozwolił im przetrwać na polu bitwy przez trzy dni. Po tym okresie wojsko polskie niezwykle wykrwawione, bez amunicji i w obliczu braku wsparcia musiało skapitulować. Kapitan Raginis nie chcąc znaleźć się w niemieckiej niewoli wybrał samobójczą śmierć. Dla oficera to jak najbardziej honorowe rozwiązanie. W miejscu upamiętniającym bitwę znajduje się, na wzór właściwych Termopil tablica, na której zwraca uwagę napis następującej treści: „Przechodniu, powiedz Ojczyźnie, żeśmy walczyli do końca, spełniając swój obowiązek”. Podczas trasy promującej „The Art. Of War”, Szwedzi z oczywistych względów odwiedzili Polskę i dali kilka koncertów. Najważniejszym wątkiem pobytu stała się wizyta w miejscu bitwy i złożenie kwiatów przy bunkrze na którym znajduje się wspomniana wyżej tablica. Fakt ten odnotowały wszystkie polskie media zwracając na jego wyjątkowość. Osobiście uważam, że nie tylko sam utwór, ale właśnie to wydarzenie powinno uświadomić młodym Polakom, że mieszkań obcego kraju potrafią docenić wysiłek zbrojny naszych przodków. Naprawdę chwała im za to!

Na tym jednak nie koniec nawiązań do polskiej historii w działalności szwedzkiego zespołu. Kolejny krążek „Coat Of Arms”, wydany w dwa lata później, był w pewien sposób kontynuacją swojego wielkiego poprzednika. Tematyka wojenna znów została wysunięta na pierwszy plan. Wśród całej plejady utworów zawierających w swej treści wiele epizodów z II wojny światowej, znajduje się kompozycja „Uprising” ukazująca tragizm Powstania Warszawskiego. Muzycy tym razem uznali, że to znane wszystkim Polakom wydarzenie jest na tyle godne uwagi, by w hołdzie walczącym poświęcić choć krótką muzyczną opowieść. Solidaryzując się z pokoleniem „Kolumbów”, Broden w refrenie wykrzyczał po polsku krótkie, ale dosadne w swej treści zdanie – „Warszawo walcz!”. Nic dodać, nic ująć. Skandynawowie po raz kolejny odwiedzili nasz kraj i tym razem byli gośćmi Muzeum Powstania Warszawskiego. Natomiast utwór został zobrazowany teledyskiem, w którym wystąpił generał Waldemar Skrzypczak, natomiast zdjęcia nakręcono m.in. w fabryce Norblina w Warszawie. Joakim Broden we wspomnianym, obrazie zagrał młodego powstańca.

Popularność szwedzkiej ekipy w ostatnich latach znacznie wzrosła . Co jednak w tym wszystkim jest naprawę ciekawe? Otóż to, że dzięki tym dwom kompozycjom możemy zdać sobie sprawę, że są na tym świecie ludzie, którzy choć w cząstkowej formie chcą się zainteresować naszą historią. To dla polskiej młodzieży powinno stać się lekcją, by nie zapominać o przeszłości i jednocześnie dać świadectwo przywiązania do naszych dziejów narodowych. Panowie pochodzący z kraju o którym zwykło się twierdzić, że wiedza historyczna nie odgrywa większej roli, dają nam do zrozumienia o błędach takiego stereotypowego myślenia. Z drugiej strony popularyzacja historii w takiej formie, za pomocą rockowych utworów jest jak najbardziej trafną formą wpływania na świadomość młodego pokolenia. Szwedzi oczywiście nie są nowatorami w tej kwestii, i na własnym podwórku mamy już wypracowane wzorce w tym względzie. Wystarczy choćby wspomnieć grupę Lao Che i ich płytę „Powstanie Warszawskie”.

Sabaton na ten rok zapowiada kolejną płytę zawierającą znów tematykę historyczną. Może ona jednak dość mocno wystawić na próbę Polską publiczność. Otóż, uchylając rąbka tajemnicy, album zatytułowany „Carolus Rex” poświęcony będzie panującym w Szwecji królom z XVII i XVIII wieku noszących to popularne imię. Któż z nas Polaków nie pamięta Karola X Gustawa – monarchy odpowiedzialnego za najazd na nasz kraj w latach 1655-60, czyli w okresie tzw. „Potopu szwedzkiego”. Być może wielu kojarzy też postać awanturniczego Karola XII, który w początkach XVIII wieku dokonał zbrojnej interwencji na teren Rzeczpospolitej w czasach panowania Augusta II Mocnego. Myślę jednak, że nie chodzi tu o jakąś złośliwość wymierzoną w kierunku do naszego kraju, w którym jak wiemy muzycy są uwielbiani, jest to zapewne hołd upamiętniający własną, narodową (szwedzką) tradycję historyczną. I bez względu na sposób w jaki będą przedstawieni niezbyt przychylni Polsce monarchowie, trzeba będzie to uszanować. Historia wymaga bowiem spojrzenia z wielu, nie tylko jednej ze stron i należy o tym pamiętać.

Tomasz Woźniczka

Europe- Finałowe odliczanie

1 maja, już po raz dziesiąty na wrocławskim rynku odbędzie się gitarowe bicie rekordu Guinessa. Impreza organizowana z wielkim rozmachem przez Leszka Cichońskiego cieszy się ogromną popularnością wśród adeptów „sześciostrunowego” instrumentu. Każdego roku do stolicy Dolnego Śląska ściągają tłumy fanów by wspólnie muzykować wraz z mistrzami gitary. Największy wynik w historii został osiągnięty w 2009 roku i wynosił 6346 gitarzystów wykonujących słynny utwór Jimiego Hendrixa „Hey Joe”. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że to gitarowe święto majowe odbywa się corocznie pod hasłem „Thanks For Jimi”. W pamiętnym roku 2009 miałem możność brać udział w tym niesamowitym i jednocześnie świetnie zorganizowanym przedsięwzięciu. O wrażeniach się nie będę się wypowiadał, trzeba po prostu być!

W ramach festiwalu „Thanks For Jimi” zapraszane są rockowe gwiazdy, które uczestniczą wraz z publicznością w biciu rekordu. We wspomnianym roku 2009 był to Steve Morse – obecny gitarzysta Deep Purple. W tym roku będzie to John Norum z zapomnianej już współcześnie szwedzkiej formacji Europe. Zespół przypomni się też publiczności podczas wieczornego koncertu na Wyspie Słodowej. Dla fanów ich talentu (a szczyty popularności grupy przypadły na połowę lat 80-tych XX wieku) będzie to nie lada gratka.

W 1986 roku na listach przebojów królował utwór „The Final Countdown”. Chwytliwa kompozycja zagrana z hard rockowym feelingiem podbiła serca fanów w całej Europ(i)e. Również w Polsce utwór nadawany był przez wszystkie rozgłośnie radiowe i na długo zagościł na „trójkowej” liście. „Grały go biura, grały podwórka”, można by rzec parafrazując słowa piosenki „trójkowej” audycji „Powtórka z rozrywki”. Jest prawdą, że trudno było się uwolnić od charakterystycznej klawiszowej introdukcji i ekspresywnego dość „amerykańskiego” wokalu lidera Joey`a Tempesta. Nie można też zapomnieć o efektownej gitarowej solówce zagranej przez wspomnianego Johna Noruma. Panowie idealnie wbili się w nurt niezwykle popularnego w tym okresie soft metalowego grania, przez co stali sie jedną z jego ikon. Inna sprawa, że dla wielu miłośników rocka stali się „zespołem jednego przeboju”. Jest coś w tym prawdy, szwedzka formacja dzięki płycie „The Final Countdown” zawierającej tytułowy przebój oraz „Rock The Night” i balladę „Carry”, zyskała wielką sławę. Płyta sprzedawała się znakomicie, jej nakład wyniósł 8 milionów sztuk na całym świecie. Wynik naprawdę imponujący, tym bardziej, że wcześniej o grupie nikt praktycznie nie słyszał.

Europe powstał w 1979 roku w niewielkim Uppland-Väsby koło Sztokholmu. Jej debiut płytowy przypadł na 1983 rok, kiedy to ukazała się płyta zatytułowana po prostu „Europe”. Zawierała prosty heavymetowy repertuar, niestety jej popularność ograniczyła się jedynie do skandynawskiej ojczyzny. Kolejny krążek „Wings Of Tomorow” nagrany w słynnym sztokholmskim Polar Studios (gdzie wcześniej nagrywała słynna ABBA), przyniósł muzykom nieco większy rozgłos. Repertuar płyty jest jeszcze bardziej metalowy, zwracają na siebie uwagę „Scream Of Anger” czy balladki „Open Your Eyes” i „Dreamer”. Nadszedł rok 1986, dokładnie 16 lutego wytwórnia Epic wypuściła na światło dzienne wspomniany mega album „The Final Countdown”. Nadszedł czas „Europeomanii”. Świetnie sprzedający się album, wysokie miejsca w zestawieniach list przebojów, koncerty przy pełnych salach, teledyski, liczne wywiady, wypełniły zespołowi prawe dwa kolejne lata. Panowie osiągnęli statut celebrytów, jednak często w takich przypadkach bywa, trudno jest udźwignąć tak oszałamiającą popularność. W przypadku Europe tak to właśnie wyglądało. Nastąpił kryzys twórczy, konflikty pomiędzy muzykami i zmiany personalne. To wszystko odbiło się na zawartości późniejszych wydawnictw i ostatecznego rozpadu zespołu w 1992 roku. Joey Tempest w wywiadach z tamtego okresu podkreślał, że nie zamierza w żaden sposób reaktywować działalności grupy. Na szczęście słowa nie dotrzymał.

Po „The Final Countdown”, Szwedzi nagrali dwie całkiem udane płyty „Out Of This World” i „Prisoners In Paradise”, jednak żadna z nich nie dorównała choć w części swej wielkiej poprzedniczce. Smutna prawda, ale w świecie rocka niejeden zespół borykał się z takim problemem. Przed rozpadem, polska publiczność miała możność zobaczyć Szwedów „na żywo” podczas koncertu w katowickim Spodku w lutym 1992 roku. Na wiele lat o Europe słuch zaginął. Jednak w 2004 roku, ku zaskoczeniu fanów, ukazała się kolejna płyta pod dość wymownym tytułem „Start From The Dark”. Co ciekawe formacja powróciła w oryginalnym składzie! Oszałamiającego sukcesu tym krążkiem nie osiągnęła, ale nie przeszkodziło to muzykom w nagrywaniu kolejnego materiału. Muzycy zaczęli serwować typowy heavy metalowy repertuar, nie zwierał on jednak większych przebojów. W dwa lata później wydany zostaje krążek „Secret Society” , a w 2009 roku „Last Look Of Eden”. W tym roku premierę będzie miało najnowsze dzieło Skandynawów „Bag Of Bones”. W nagraniach grupę wspomagał znany gitarzysta Joe Bonamassa, przez co zyskała nieco bluesowego charakteru. Warto więc będzie jej posłuchać.

Wrocławski koncert przyciągnie na pewno dużą rzeszę miłośników talentu Europe. Pomimo, że zespół koncertował u nas nie tak dawno (dwukrotnie w 2010 roku – Warszawa i Lublin), to i tak niewątpliwie będzie gwiazdą festiwalu „Thanks For Jimi”. Warto więc będzie się wybrać w pierwszomajowy dzień do Wrocławia, by przyjrzeć się w jakiej będą formie nasi idole z młodzieńczych lat. A przy okazji można będzie pobić gitarowy rekord Guinessa!

Tomasz Woźniczka

Dwa odcienie purpry – Rainbow i Whitesnake

Jedna z ikon hard rocka Deep Purple, należy do panteonu zespołów, które osiągnęły swoją legendę już za życia. Formacja ma na całym świecie ogromną rzeszę fanów, po dziś dzień z powodzeniem koncertuje. Choć okres największej świetności przypada na lata 70-te XX wieku, to obecnie też święci sukcesy. W Polsce ma oddaną rzeszę fanów, o czym świadczą częste koncerty, szczególnie w ostatnich latach. Z Deep Purple niczym z pnia wyrosły dwie znakomite kapele, mam tu na myśli Rainbow i Whitesnake. W ubiegłym roku w Polsce zrobiło się „purpurowo”, „tęczowo” i „bało wężowo”, a to za sprawą znakomitych koncertów Deep Purple, reaktywowanego Whitesnake i Grahama Bonneta, jednego z wokalistów Rainbow. Warto było by więc się przyjrzeć karierze ekip, które powstały na bazie Purple.

Historia Rainbow związana jest z osobą znakomitego gitarzysty Deep Purple Ritchie Blackmore`m. Muzyk pod koniec 1974 roku stracił zainteresowanie występami z kolegami i postanowił stworzyć własny band, w którym byłby niekwestionowanym liderem. Facet z trudnym do współpracy charakterem, z ogromnymi ambicjami przywódczymi, ma jednak tą zaletę, że jest znakomitym gitarzystą i kompozytorem. Do tego miał już gotową koncepcję grupy, którą chciał bezgranicznie kierować i decydować o jej kształcie muzycznym. Z tego względu skład „Tęczy” wielokrotnie się zmieniał, nie ujmuje to jednak faktu, że zespół odnosił spore sukcesy w branży muzycznej. Patrząc na całokształt działalności formacji, można by wyróżnić 4 podstawowe okresy. Zasadniczym wyróżnikiem mogą być zatrudnieni przez „mistrza” wokaliści. Pierwotny kształt Ritchie Blackmore`s Rainbow, bo tak brzmiała początkowo nazwa bandu, wykrystalizował się na bazie amerykańskiej grupy Elf. Ritchie po porostu „wchłonął” kilku muzyków do swojego muzycznego projektu. Dzięki temu na nieboskłonie zajaśniała gwiazda „małego człowieka z wielkim głosem” czyli Ronnie James Dio. Debiut płytowy od strony muzycznej był przedłużeniem stylu Purple. Zawierał jednak kilka charakterystycznych utworów o dużym ładunku ekspresji. Myślę tu przede wszystkim o „Catch The Rainbow” i „Man On The Silver Mountain”. Kolejne dwie płyty studyjne „Rising” i „Long Live Rock`n`Roll” utrzymane również były w klimacie hard rocka. Każda z nich zawiera znakomity materiał, charyzma Dio dała o sobie znać. Nie ma w tym nic dziwnego, że właśnie dzięki Rainbow wypromował swoją dalszą karierę. Na pierwszej z nich na uwagę zasługują „Stargazer”, Starstruck” , za to na drugiej utwór tytułowy oraz „Kill The King” i „Rainbow Eyes”.

Wraz z odejściem Dio zmienia się koncepcja zespołu. Następny wokalista Graham Bonnet to facet z zupełnie innej planety. Wprowadził on „Tęczę” w łagodniejsze, o lekkim rock`n`rollowym zabarwieniu klimaty. Nagrana z nim płyta „Down To The Earth” zawiera jeden super przebój – „Since You Been Gone” i niewiele mu ustępujący „All Night Long”. W rezultacie kompozycje te doprowadziły Rainbow na szczyty list przebojów. Kolejna zmiana wokalisty, za mikrofonem stanął Joe LynnTurner, doprowadza do zmiany stylistyki. Ritchie zagłębił się w komponowaniu pop-rockowych utworów, co w połączeniu z czysto „amerykańskim” wokalem Turnera dało znakomity efekt. Ujawniły się też ciągotki lidera do grania instrumentalnym miniatur nawiązujących do muzyki klasycznej np. „Difficult To Cure (Beethoven`s Ninth)”. Z tego okresu (1981-83) pochodzą trzy płyty – „Difficult To Cure”, Straight Between The Eyes” i „Bent Out Of Shape”. Na miano przebojów zasłużyły przede wszystkim „I Surrender”, „Spootlight Kid”, „Stone Cold”, „Streets Of Dream”, Can`t Let You Go”.

Koncerty ujawniały zupełnie inną twarz zespołu, w której muzycy pokazywali na co ich tak naprawdę stać. Charyzmę lidera i współpracującej z nim ekipy pokazują wydawnictwa koncertowe „On Stage” z Dio jako wokalistą i „Finyl Vinyl” z Turnerem. Zresztą w Rainbow występowało wielu znakomitych instrumentalistów, wystarczy wymienić takich tuzów jak Cozy Powell, Bob Daisley, Don Airey, Bobby Rondinelli czy stary kumpel Ritchiego z Purple Roger Glover.

Powrót Blackmore`a i Glovera do odradzającego się Purple (1984 r.) zakończyła działalność „Tęczy”. Reaktywacja nastąpiła zupełnie niespodziewanie w 1995 roku. Wtedy to Ritchie, po tym jak po raz kolejny opuścił Deep Purple, postanowił powrócić do dawnej koncepcji. W nowym Rainbow grali młodzi muzycy z wokalistą o nazwisku Doogie White na czele. Owocem ich wspólnej muzycznej przygody było wydawnictwo „Stranger In Us All”. W nagrywaniu krążka udzielała się też Candice Night, przyszła towarzyszka życia Ritchiego, z którym założyła duet Blackmore`s Night grający muzykę renesansową. I tak zakończyła się historia tej znakomitej formacji.

Whitesnake powołał do życia David Coverdale, wokalista trzeciego i czwartego składu Deep Purple (Mark III i IV). Po rozpadzie grupy w 1976 roku, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Doświadczenie wyniesione ze sławnej formacji dało o sobie znać. David postanowił pozostać przy hard rockowej stylistyce wypracowanej przez Puple. Na początek zaproponował dwie solowe płyty „White Snake” i „Northwind”. Pierwsza z nich dała nazwę (z trochę zmienioną pisownią) zespołu, powołanego do życia w 1978 roku. Podobnie jak w Rainbow przez grupę przewinęło się wielu muzyków, lider zmieniał ich dosłownie „jak rękawiczki”. Nie znaczy to, że „Białowąż” nie pozostawił po sobie wiele znakomitych wydawnictw płytowych. Na pierwszych – „Trouble”, „Lovehunter”. „Ready an`Willing”, „Come an` Get It” oraz „Saints & Sinners” towarzyszą mu głównie “purpurowi” Jon Lord i Ian Paice wraz z Micky Moody, Bernie Marsdenem, Neilem Murray`em. W tym składzie zrealizowane zostały dwa znakomite wydawnictwa koncertowe „Live In Hammersmith” oraz „Live…In The Heart Of City”.

Największe triumfy zespól święcił w latach 1984 -89. Wtedy to powstały największe w karierze Coverdale`a i spółki płyty „Slide It In” „Whitesnake” (bądź „1987”) i „Slip Of The Tounge”, w nich dosłownie aż roi się od wielkich przebojów. David w tym okresie postawił na „amerykański rock”, co dało znakomite rezultaty. Pierwsza z nich pokryła się podwójną platyną, druga aż pięciokrotnie, co oznaczało zawrotny wręcz sukces! Na listach przebojów królowały: „Guilty Of Love”, „Love Ain`t No Stranger”, „Give Me More Time”, „Here I Go Again” ( w nowej wersji), „Crying In The Rain” i „Is This Love”. Każda z sesji nagrywana była w innym składzie, na pierwszej produkowali się m.in. Lord, Murray, John Sykes oraz Cozy Powell, a na drugiej Vivian Campbell, Adrian Vanderberg i Rudy Sarzo. Podczas nagrywania „Slip Of The Tounge” pojawia się w zespole wirtuoz gitary Steve Vai. Jego obecność w znacznym stopniu wpłynęła na kształt wydawnictwa, które zdobywa „4 platyny”. Znalazły się na nim pełne ekspresji „Slip Of The Tounge”, „Cheap An` Nasty, „Kittens Got Claws”, „Judgment Day”. Nie zabrakło kilku spokojniejszych kompozycji – „Sailing Ship”, „Now You`re Gone”, pojawiła sie też nowa wersja “Fool For Your Loving” z płyty “Ready an` Willing”.

W dwa lata później niespodziewanie zespół zawiesza działalność. Mimo wielkich sukcesów Coverdale wydaje się być zmęczony wielkim szumem jaki wokół zespołu się wytworzył. Nie na długo jednak, w tym samym roku (1991) nawiązuje współpracę z byłym gitarzystą Led Zeppelin Jimmym Pagem. W ten sposób uformował się duet, który wydał zaledwie jedną płytę „Covedrale/Page”. Większego sukcesu nie odnieśli, krytyka doszukiwała się dużych podobieństw maniery wokalnej Coverdale`a do Roberta Planta. Powrót Whitesnake nastąpił w 1997 roku płytą „Restless Heart”. Udzielał się na niej głównie obok lidera, dawny współpracownik grupy Adrian Vandenberg. W tym okresie Coverdale odwiedził w trakcie trasy koncertowej Polskę.

Reaktywacja działalności Whitesnake nie trwała jednak długo, lider znów zdecydował się na kilkuletnią przerwę. Kolejne odrodzenie następuje w 2002 roku, od tego czasu stałym współpracownikiem Coverdale`a jest Doug Aldrich. Do wydania kolejnej płyty minęło sporo czasu, „Good To The Bad” ukazuje się w 2008 roku, a „Forevermore” najnowszy produkt zespołu w ubiegłym roku. W trakcie promocji tego krążka Whitesnake po raz kolejny zawitał w nasze gościnne progi.

Rainbow i Whitesnake – zespoły powstałe ze wspólnego pnia, mają ze sobą wiele wspólnego. Zasadniczo, można rzec, że każdy z nich miał okres swojej wielkiej sławy okraszonej znakomitymi przebojami. Obydwie grupy w trakcie swojego istnienia opierały się na podobnym schemacie tzn. lider i znakomici towarzyszący instrumentaliści oraz hołdowały podobnym muzycznym stylom. Historia Rainbow dawno dobiegła końca i nie zapowiada się by miał on jeszcze „powstać z popiołów”. Co innego Whitesnake, który co rusz potrafi powrócić z nowymi propozycjami. Kto wie , czym nas jeszcze David Coverdale zaskoczy?

Tomasz Woźniczka